Zarządzanie zasobami ludzkimi, czyli konkretnie co…?

Przyznam się, że nie cierpię tego określenia. Nie wiem, jakiej dokładnie jest proweniencji (wypadałoby podpytać profesorów Miodka albo Bralczyka), ale na jego dźwięk czuję, jak wzbiera we mnie jakiś podskórny bunt, jakaś wewnętrzna niezgoda. Bo co to tak naprawdę kryje się pod tym sformułowaniem? Jakie konotacje uruchamia zarządzanie zasobami ludzkimi? W moim odczuciu zarządzanie zasobami ludzkimi kojarzy się jakoś tak… nieludzko.

Zarządzanie zasobami ludzkimi. Wizja zdehumanizowanej dystopii

W ten zwrot wpisana jest jakaś programowa dehumanizacja. Co to bowiem są zasoby? To takie zapasy, coś w rodzaju zaplecza, rezerwuar dóbr materialnych, z których korzysta się i którymi się dysponuje. I chyba właśnie to drażni mnie najbardziej. Nie ludzie, lecz ludzkie zasoby, a więc jakaś anonimowa, monolityczna masa, której elementy zatraciły wszelkie indywidualne rysy i rozpuściły się w zbiorowości. Nad tą tłuszczą natomiast stoi jakiś „zarządzający”, potężny dyrygent, demoniczny władca marionetek ku swojej uciesze pociągający za sznurki. Ot, taki właśnie obraz staje mi przed oczami za każdym razem, gdy słyszę zarządzanie zasobami ludzkimi. Nic na to nie poradzę.

Ale to tylko słowa. W rzeczywistości zarządzanie zasobami ludzkimi raczej nie nosi na sobie żadnych znamion demoniczności, lecz jest zwyczajną metodą, mającą na celu jak najlepszą organizację grupy ludzi połączonej jakąś wspólnotą interesów , np. pracowników danej firmy. Prawda, że nie takie straszne?