Kompetentnie na temat: kompetencje

Jako że profil tematyczny tego bloga nie jest przeze mnie z góry sztywno ustalony, a charakter oraz przedmiot każdego wpisu tak dla mnie, jak i dla Was stanowił będzie niespodziankę, toteż pozwólcie, że nie będę Was raczył przydługimi wstępami z cyklu „po co, na co i dlaczego?”, które de facto nikomu ani niczemu nie służą, tylko od razu przejdę do clou. No to jazda… Ostatnimi czasy, dosyć dogłębnie analizując sytuację na naszym rynku pracy, po wielokroć sam sobie zadawałem pewne fundamentalne pytanie, mianowicie: Czym na dzisiejszym rynku pracy są kompetencje?

Odpowiedź nasuwała się za automatu i brzmiała w sposób następujący: na dzisiejszym rynku pracy kompetencje są wszystkim. Mity o doświadczeniu, stażu pracy, odpowiednich koneksjach, łucie szczęścia pozwalającym zrobić oszałamiającą karierę w stylu Nikodema Dyzmy – wszystko to włożyć można między bajki. Tak naprawdę liczą się tylko i wyłącznie odpowiednie umiejętności. Alternatywa jest prosta i w swej prostocie nieubłagana – albo się coś potrafi, albo się czegoś nie potrafi. Nie ma żadnego pomiędzy. Nie ma żadnego „trochę”, „prawie”, „z niewielką pomocą”. Arytmetyka rządząca rynkiem pracy oparta jest na systemie binarnym. Jest tylko zero i jedynka.

Kompetencje walutą rynku pracy

Tak więc kompetencje stały się na dzisiejszym rynku pracy bodaj najmocniejszą walutą. O kursie stabilnym i nie do ruszenia przez wszelakiego rodzaju hossy, bessy, kryzysy na giełdzie i ostateczne krachy. Jeżeli jesteś w danej dziedzinie wziętym fachowcem. Jeżeli potrafisz „robić swoje”, to nie ma tak naprawdę możliwości, byś nie znalazł zatrudnienia. I wcale nie chodzi tu o zawody „najwyższego szczebla” – transplantologów z tytułami profesorskim, specjalistów IT po amerykańskich uniwersytetach. Nie w tym rzecz. Równie dobrze można być fryzjerem, hydraulikiem albo barmanem. Tyle tylko, że trzeba być świetnym fryzjerem, świetnym hydraulikiem i świetnym barmanem.